Postanowiłem na moment przyjąć, że z wyborami samorządowymi do sejmików wojewódzkich było jednak wszystko w porządku. To znaczy nie do końca w porządku ale przynajmniej jeśli chodzi o udział tak zwanych „osób trzecich”. To założenie wymaga jednak przyjęcia jakiejś racjonalnej hipotezy, która wyjaśniałaby sporą rozbieżność części wyników i z wcześniejszymi prognozami i z badaniem exit poll.

Ponieważ sam z siebie nie dowierzam takim cudom w 25 roku rozkwitu i utrwalania u nas demokracji, odwołam się do  sugestii pana dr Norberta Maliszewskiego, ostatnio dość aktywnego w przekonywaniu, że „Polacy, nic się nie stało”. A w zasadzie „nic złego”. Lub jeszcze precyzyjniej „nic podejrzanego”.

Pan Maliszewski porównał skalę przeszacowania lub niedoszacowania poszczególnych komitetów z wyborów do sejmików w 2010 i 2014 r. Wyszło mu, że skala była podobna z wyjątkiem PSL, któremu wzrosła ona z 2 punktów do 7. Na skutek sławetnej „książeczki”. Jak się wyraził podczas twitterowej wymiany zdań, ta różnica to „błąd systemowy”.  Dwa razy pytałem go czy w jego opinii taki „błąd systemowy”  powinien być podstawą unieważnienia głosowania. Odpowiedział mi, że w jego opinii nie ale nie znaczy to, że „nic się nie stało”.

O ile zgadzam się z Maliszewskim, że nie można powiedzieć iż „nic się nie stało” to inaczej widzę konsekwencje tego „błędu systemowego”.

Pokaże to naprędce (z konsekwencjami ośmieszenia się jeśli „nie łapię” o co tak naprawdę chodzi) na przykładzie województwa śląskiego. Z protokołu Wojewódzkiej Komisji Wyborczej wynika, że w wyborach do sejmiku udział wzięło 1 348 961 wyborców. Zatem te 3%, będące ofiarą „błędu systemowego” pana Maliszewskiego to 40 469 wyborców. Liczba już teraz wyglądająca naprawdę solidnie.

Teraz przyjrzyjmy się liczbie głosów, otrzymanych przez poszczególne komitety.

PO – 367 115

PiS – 338 237

PSL – 178 210

SLD – 140 189

RAŚ – 97 132*

I jeśli teraz, idąc za tokiem rozumowania Maliszewskiego zaczniemy dodawać lub odejmować te 40 469 głosów, zobaczymy, że całkowicie mogłyby one zmienić wynik wyborów. Ponieważ Maliszewski zakłada ruch między wyborcami PiS i PSL, widać, że ów „ruch” mógłby na przykład wywindować pierwszą z tych partii na czoło zestawienia albo na przykład zepchnąć drugą za SLD.

Jeśli ktoś uzna, że to go jeszcze nie przekonuje, warto zobaczyć jak z tymi 40 tysiącami głosów, stanowiącymi „błąd systemowy”  wyglądałyby komitety, którym nie starczyło głosów, by wziąć udział w podziale mandatów.

KWK Niezależny Samorząd Województwa Śląskiego z 62 628 głosami czy Nowa Prawica, dodając efekt „błędu systemowego” do uzyskanych 53 710 głosów spokojnie przekraczają 67 449 głosów ustalone jako 5 % próg gwarantujący udział w podziale mandatów   zaś  Ruch Narodowy ze swoimi 20 573 ociera się o niego. Z kolei RAŚ, pozbawiony wielkości „błędu systemowego” musiałby się obejść smakiem.

Zatem czy 40 469 wyborców, którzy oddali głosy nie zgodnie ze swą intencją lecz na skutek „błędu systemowego”, który, jak nazwa wskazuje, został wygenerowany nie z ich winy tylko w wyniku wadliwego przygotowania procesu wyborczego przez państwo, to nie jest wystarczający powód by uznać, że wybory nie oddają rzeczywistych preferencji wyborczych obywateli, którzy w nich wzięli udział?

Czy 40 469 głosów nie ma wpływu na ostateczny wynik wyborów i podział mandatów między uczestniczące w wyborach komitety?

Oczywiście są to dane przykładowe. Nie wiem jakiej skali naprawdę był na Śląsku „błąd systemowy”, który pozwolę sobie ochrzcić mianem „efektu Maliszewskiego”.

* http://wybory.slaskie.pl/files/cms/wkw_protokol_%20wybory_2014.pdf