Tytuł wziął się rzecz jasna nie z przekonania a z kilku podejrzeń jedynie, którym dam wyraz niżej. Oraz ze znakomitej książki Davida Lodge’a „British Museum w posadach drży”. Żeby pochwalić się jaki jestem oczytany. Ale do rzeczy.

Ostatnie działania, nazwijmy je „pro frekwencyjnymi”, które połączyły sztab Kandydata (nie będę pisał którego bo ponoć tylko jeden, wiadomo który, zasługuje by pisać go wielką literą) i media, że szczególnym uwzględnieniem Gazety Wyborczej, są w swej istocie bardzo ciekawe.

Niby jest to taka oczywista gra. Wspomniana „Wyborcza” na przykład podaje, że dosłownie ułamki (no wiem, że kilka punktów) dzielą Kandydata od zwycięstwa w I turze. Wiadomo, że chodzi o to by zmobilizować kilku (no oczywiście dużo więcej niż kilku) takich, którzy złapią się na ten haczyk i te parę punktów zapewnią. Dosłownie rzutem na taśmę. Temu samemu służy pokazywanie Gortata i Gajosa. By statystyczny Polak myślał, że chyba jednak trzeba iść, skoro Gortat i Gajos idą. Nie wiem czy taki, co na to się złapie poczuje się na chwilę Gajosem czy tam Gortatem. Wszystko oczywiście to w końcu tylko dość toporna socjotechnika, która w sobie nic ciekawego nie ma.

Ciekawa natomiast jest odpowiedź na pytanie czemu aż tak zależy czy też nagle zaczęło zależeć sztabowi Kandydata i tej „Wyborczej”, by rzecz rozegrała się w I turze? Wszak dotąd wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się wskazywać, że Komorowski i tak wygra, a czy to stanie się w I czy w II turze wydawało się nie mieć znaczenia. Przynajmniej dotychczas i na tyle, że nikt tak mocno nie sprężał się, by tej drugiej tury nie było. Ot pani Premier zapowiedziała kiedyś, wyraźnie bez (mam nadzieję) dalszego ciągu, że „zrobimy” („my” czyli kto?) by wygrać w I turze.

Starałem się i nadal staram się nie podchodzić do kampanii emocjonalnie. Choć działania Kancelarii Prezydenta, z której „wypływają” co i rusz jakieś „papiery na Dudę” (co dziwi szczególnie jeśli wie się ile wysiłku kosztuje uzyskanie dostępu do „papierów” z czasów urzędowanie Komorowskiego) aż proszą się o użycie jakiegoś wyświechtanego kolokwializmu.

Jednak ta gra „na pierwszą turę” sugeruje, że ludzie odpowiedzialni mają jakieś powody bać się drugiej tury i jej specyfiki.

W trakcie pisania tekstu natknąłem się na nowy argument tych, którzy sprawę zamknęliby w I turze. Jedna tura wyborów to… tańsze rozwiązanie. Na takie stawianie sprawy oburzył się nawet Kamil Sikora z panalisowego portalu „NaTemat” pytając „na czym Platforma mogłaby oszczędzić przez prawie 8 lat rządów, by nie musieć skąpić na demokracji” i podając pięć propozycji z „podwórka” Platformy Obywatelskiej.*

I tu właśnie, wobec argumentów obrażających inteligencję już nawet ludzi „wolących” obecną władzę, pojawiać się muszą jakieś teorie, tłumaczące czy nazywające przyczyny tego strachu.

Być może odpowiedź jest najprostsza z możliwych.

Może po prostu sztab i nie tylko on zdają sobie sprawę jak beznadziejnego mają kandydata i doszły do wniosku, że im mniej obywatele będą się mu przyglądać tym łatwiej uda się ukryć tę oczywistą prawdę. W takiej sytuacji można nie tylko nie chcieć II tury ale wręcz drżeć na sama myśl o niej. I jej specyfice, dzięki której kandydat unikający debaty już nie będzie mógł powoływać się na „prawo zwyczajowe” i Camerona bo i tak odbierany będzie jako zwykły tchórz.

Może jednak obawa rodzi się z obserwacji tendencji, w której, mniej lub bardziej, ale dystans między Kandydatem i jego głównym konkurentem zmniejsza się do tej wielkości, przy której trzeba będzie żebrać o głosy tych, co zdecydowali się poprzeć kandydatów z miejsca trzeciego, czwartego i następnych. Obecne prognozy wskazują, że może chodzić głownie o elektorat, który teraz realizuje się politycznie krzycząc „Komorowski hańba Polski”. Na jego głosy będąc w sztabie Kandydata raczej bym nie liczył.

A może wreszcie istnieje obawa, że na potrzeby II tury konkurent przygotował, parafrazując niedawne „osoby zbliżone do sztabu Kandydata”, dwie bomby i parę granatów. Dziwnym jest bowiem zaiste, że dotąd na mniej lub bardziej chamskie zaczepki (niestety większość działań stronników Komorowskiego ze szczególnym wskazaniem na Szeinfelda była chamska) atakowany nie odpowiedział w podobny sposób.

Powściągliwość sztabu Dudy i samego kandydata to dla mnie prawdziwa zagadka.

A może nie tylko dla mnie? Może chodzi o to, że „osoby zbliżone do sztabu Kandydata” też nie wiedzą?

A może wręcz przeciwnie. Może właśnie „osoby zbliżone do sztabu Kandydata” wiedzą? I stąd ta obawa o II turę.

* http://natemat.pl/140967,nowy-argument-po-dzieki-tylko-i-turze-zaoszczedzimy-tyle-kosztuja-wasze-gabinety-polityczne-limuzyny-i-spoty