Ja doprawdy nie wiem czy te wszystkie teksty o „polityku, którego potencjał nie został wykorzystany” i o „światowej klasie” to taka konwencja czy też są faktycznie tacy, którym rzeczywisty potencjał i format Radosława Sikorskiego jakimś cudem zdołał umknąć. Śmiem twierdzić, że format ten objawił się nam nie wtedy, gdy w budzącym zazdrość trenczu i z chmurnym czołem stał gdzieś i pozował do jakiegoś oficjalnego zdjęcia w pozie bojowo- zadumanej tylko wówczas, gdy przekomarzał się z opinią publiczną czy powinien płacić za wino ze swoich. Dając nam wcześniej wypreparowaną z szumu informacyjnego reprezentatywną próbkę rzeczywistego potencjału intelektualnego.

Niemniej czuję naprawdę szczere przekonanie niektórych, że świat nam nie wybaczy Radka Sikorskiego. Ale nawet gdyby tak miało rzeczywiście być, bez wahania zasugeruję światu, by się zwyczajnie walił. Nich bierze sobie Radka i zagospodarowuje we własnym zakresie.

Jednak przyznaję, że fenomenu zjawiska pod nazwą „Radosław Sikorski” nawet przy bardzo krytycznym podejściu do niego nie da się nie zauważyć. Celowo napisałem imię i nazwisko w cudzysłowie bo zdecydowanie oddzielam mit „sprawnego i zdolnego polityka” od dość banalnej rzeczywistości. Chcąc wyjaśnić ów mit odwołać się trzeba do tego, co tak często wyłazi z części naszych polityków i komentatorów czyli do kompleksu zachodu i przekonania o naszym zacofaniu wobec niego. Wyobraźmy sobie, że Sikorski nie miał za sobą Oxfordu, Afganistanu i Anne Applebaum z jej aurą i koneksjami tylko wszedł do naszej polityki wprost z Bydgoszczy. Myślę, że ten sam potencjał, za który jest tak wychwalany, na wiele by mu się nie zdał. Ba, nikt by tego potencjału pewnie nie dostrzegł. No ale to wszystko było więc brylował nam przez lata ów sewrski wzorzec bufona. I jeszcze pewnie długo powiastka o „zaszczutym talencie” a może nawet o „politycznym brylancie” będzie wracać z mniejszą lub większą siłą.

Niemniej jego obecność w naszej polityce nie była do końca bezużyteczna i bezowocna. Choć, wbrew tytułowi, pożytek z niej widzę jeden. Na tyle jednak ważny, że wart odnotowania. By było jasne, jest to mimowolny a nie świadomy efekt udziału Sikorskiego w kształtowaniu polskiej polityki.

Smutny dla Sikorskiego koniec kariery może (choć głowy nie dam, że tak się stanie) wyleczyć nas z oceniania naszych polityków nie za to co robią tylko za „aurę” z jakichś powodów im towarzyszącą i przyklejoną do nich, często „baśniową” przeszłość. Myślę, że dziś, po winie, ośmiorniczkach oraz wszystkich „kurwach” Sikorskiego i jego kolegów zdecydowanie łatwiej byłoby przyznać, że na przykład Kuroń to był jeden z najgorszych ministrów minionego 25-lecia, któremu zawdzięczamy być może największe marnotrawstwo publicznego grosza. I niewielki wpływ na tę ocenę miałaby świetlana opozycyjna przeszłość Kuronia.

Być może doczekaliśmy czasów, gdy odpieranie krytyki bieżącej działalności uwagą, że ów krytykowany ofiarnie walczył z komuną o naszą in waszą wolność napotka na bardzo konkretne pytanie „I co z tego?”

Od dawna uważam, że z naszymi politykami my, ich pracodawcy będziemy mieć lżej, gdy (oczywiście symbolicznie) wykruszy się nam „styropian” i „beton”. Porzucając ostatecznie te dwie genezy, ustawiające nam od lat politykę na rzecz czystej fachowości uwolnimy się od takich nieporozumień jak choćby Minister Cyfryzacji Michał Boni.

Ściągnięcie na ziemię wszystkich innych herosów polityki bez upadku Sikorskiego trwałoby, tak myślę, znacznie wolniej. Dotychczasowe upadki nie były tak spektakularne albo nie dotyczyły tak spektakularnych postaci. Gdzie na przykład do Sikorskiego Adamowi Hofmanowi z tym jego Madrytem?

Oczywiście przesadzam z tym wpływem upadku Sikorskiego na sposób traktowania dawnych „bohaterów z podziemia” obecnych ciągle w polityce. Wszak trudno go tak jednoznacznie przypisać do tej grupy. Choć na etos niewątpliwie się łapie.

Jednak jest to jakiś etap na drodze ku temu, by polityk był rozliczany tylko za to, jak działa