Polityka ·
Oficerowie WSI odebrali polskiemu konstruktorowi jego wynalazek. Historia EPAR-u
Emerytury generalskie, helikopter na dojazdy i zakaz publicznych wystąpień. A potem magazyn bez oznaczeń, samochód bez numerów i jedna część oddana po kryjomu.
W latach dziewięćdziesiątych, gdy państwo polskie dopiero układało relacje między swoimi służbami a resztą świata, Lucjan Łągiewka, konstruktor samouk z Dolnego Śląska, opracował urządzenie nazwane EPAR: mechanizm, który energię uderzenia zamienia w ruch obrotowy zamiast w zgniecenie. Zderzak z takim mechanizmem, zamontowany w maluchu, w testach zachowywał się tak, jakby samochód uderzał w ścianę przy znacznie niższej prędkości. Historia tego wynalazku, opowiedziana przez samego Łągiewkę, jego syna i profesora Stanisława Gumułę z AGH, który go wspierał, jest historią o tym, jak państwo traktuje ludzi, których nie potrafi zaklasyfikować.
Wizyta
Łągiewka był, jak sam mówi, poniewierany przez Urząd Patentowy i środowisko naukowe. I wtedy, ni stąd, ni zowąd, zjawili się oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych. Propozycja brzmiała: jeśli wyniki potwierdzą się w warunkach, którymi dysponuje wojsko, konstruktor i jego współpracownicy otrzymają emerytury generalskie. Profesor Gumuła wspomina obietnicę samolotu albo helikoptera na dojazdy do Warszawy i Gdańska. Wyniki się potwierdziły. Cała reszta nie.
Oficerowie zabrali dokumentację, rysunki, prototypy i testowany zderzak. Wszystko objęto tajemnicą, a Łągiewka i Gumuła dostali zakaz prezentowania wynalazku i publicznych wystąpień. Dalsze badania prowadzili w ukryciu.
Izrael
Po latach, według relacji syna konstruktora, wynalazek odnalazł się za granicą. Odzyskanie choćby jednego elementu wymagało drogi przez Niemcy, Irlandię i Izrael, gdzie, dzięki pomocy oficerów wywiadu, oddano rodzinie serce mechanizmu z 1998 roku. Po kryjomu i w większej tajemnicy, niż go zabierano: samochód bez numerów, magazyn bez oznaczeń, dwóch mężczyzn, którzy się nie przedstawili, i polecenie, żeby jechać i się nie zatrzymywać.
W tym samym czasie, jak twierdzą Łągiewkowie, rozwiązanie o tej samej zasadzie działania opatentował za granicą inny wynalazca i sprzedał je jednemu z zespołów Formuły 1, gdzie uważane jest za istotny element technologii bezpieczeństwa.
Co wiemy, a czego nie
Relacje pochodzą z materiału filmowego przygotowanego, co warte odnotowania, na potrzeby telewizji TVN, i są relacjami jednej strony. Nie ma publicznie dostępnych dokumentów WSI w tej sprawie, a raport z weryfikacji tej służby, opublikowany w 2007 roku, nie odnosi się do niej wprost. Tego, co w tej historii da się sprawdzić, jest jednak dość: EPAR istnieje, jego działanie potwierdzały badania na politechnikach, a jego konstruktor przez dwadzieścia lat nie doczekał się od państwa niczego poza wizytą ludzi w cywilu.
Państwo, które nie umie chronić własnych wynalazców, nie musi się dziwić, że ich wynalazki wracają do niego pod cudzym nazwiskiem.