Polityka ·
Demokracja w Polsce rzeczywiście jest zagrożona
Zwycięzcy wyborów pozostają w opozycji: do mediów, do zagranicznych przyjaciół starego układu i do aparatu, który wciąż jest resortowy.
Przyglądając się niewczesnym bojownikom o demokrację, którzy pojawili się na ulicach kilka tygodni po wyborach, dochodzi się do wniosku sprzecznego z pierwszym odruchem rozsądku: oni mają rację. Demokracja w Polsce rzeczywiście jest zagrożona. Tylko nie w tym sensie, w jakim sami to głoszą.
Czyj werdykt
Zagrożony jest demokratyczny werdykt Polaków, którzy udzielili silnego mandatu Andrzejowi Dudzie i Prawu i Sprawiedliwości. Mandatu po to, by dokonali głębokiej zmiany państwa. Państwa, które jego dotychczasowi właściciele sami nazwali teoretycznym; które nie daje ani poczucia bezpieczeństwa, ani elementarnej sprawiedliwości; które sprowadzono do roli pastwiska, na którym korporacje i państwa ościenne pasą swoje interesy. Ten werdykt jest kwestionowany.
Ktoś powie, że to normalna walka polityczna. Nieprawda. Nie jest to walka na programy i propozycje, lecz walka o odebranie przeciwnikowi prawa do bycia polityczną alternatywą. I tylko pozornie prowadzą ją polscy politycy; w rzeczywistości toczy się w imieniu tych samych korporacji i sąsiadów.
Zwycięzcy w opozycji
Mimo zwycięstwa Andrzej Duda i PiS w pewnym sensie stale pozostają w opozycji. W opozycji do potężnych „wiodących mediów”. W opozycji do zagranicznych przyjaciół dawnego układu, w którym tajni współpracownicy dogadywali się z oficerami prowadzącymi. W opozycji do rozległej, niemal nieprzenikalnej sieci potomków stalinowskich urzędników i zwykłych czynowników. I wreszcie w opozycji do całego aparatu państwa, który mimo wymiany na szczytach urzędów pozostaje, razem ze służbami, wciąż resortowy.
Polacy odważyli się wyjść z roli coraz gorzej karmionego stada. Skorzystali z niedoskonałych mechanizmów demokratycznych, by zakwestionować dominację złych pasterzy. Ten bunt stoi wielu potężnym w gardle na tyle, że wcale nie jest pewne, czy w ten lub inny sposób nie zostanie spacyfikowany.
Nie chodzi przy tym o to, by nowej władzy nie krytykować. Krytyka jest treścią demokracji, a rząd, który jej nie znosi, sam staje się zagrożeniem. Chodzi o różnicę między krytyką decyzji a odmową uznania, że ktoś w ogóle miał prawo je podjąć. Pierwsza jest sporem, druga jest zamachem na wynik.
Dlatego owszem: demokracja w Polsce, chwilę po tym, jak dała dowód życia, jest zagrożona. Oby nie śmiertelnie.