Zdjęcie tytułoweRosja w systemie międzynarodowym po zimnej wojnie
Każdy kolejny rosyjski akt agresji w przestrzeni postsowieckiej Zachód kwituje wyrazem ubolewania, sankcjami symbolicznymi i powrotem do interesów. Gruzja 2008. Krym 2014. Wschodnia Ukraina. Pytanie nie brzmi już, dlaczego Rosja sobie na to pozwala. Pytanie brzmi: dlaczego Zachód jej na to pozwala.
Co miało być a co się stało
W 1991 roku, gdy rozpadał się Związek Sowiecki, zachodnia debata polityczna zakładała, że nowa Rosja powoli, ale konsekwentnie będzie ewoluować w kierunku liberalnej demokracji o rynkowej gospodarce. Strategia Zachodu była prosta: nie eskalować, nie poniżać, dać czas, zapewnić integrację gospodarczą. NATO ekspandowało, ale w sposób ostrożny. UE rozszerzała się, ale unikała otwartego konfliktu z Moskwą. Założenie brzmiało: nowa Rosja jest naszym partnerem.
Dwadzieścia lat później założenie to leży w gruzach. Rosja Władimira Putina — od jego ponownego objęcia urzędu prezydenta w 2012 roku — nie jest partnerem. Jest rywalem ideologicznym, geopolitycznym i militarnym. Operacja w Gruzji w sierpniu 2008 była pierwszym poważnym testem zachodniej reakcji. Test wypadł dla Zachodu źle. Krym w marcu 2014 — drugim. Tym razem reakcja była nieco silniejsza, ale wciąż niewystarczająca.
Logika rosyjskiej polityki
Polityka Kremla od 2008 roku jest spójna i czytelna. Cele są trzy: odbudowa rosyjskiej strefy wpływów na terenie byłego ZSRR, podważenie wiarygodności NATO jako organizacji obronnej, oraz uniemożliwienie integracji państw przestrzeni postsowieckiej z Zachodem. Metody są również stałe: presja gospodarcza (gaz, ropa, embargo żywnościowe), wojna informacyjna, operacje hybrydowe, w razie potrzeby — bezpośrednie użycie siły.
Z perspektywy Kremla wszystkie te działania nie są agresywne — są obronne. Rosja, w narracji oficjalnej, broni się przed zachodnią ekspansją, przed „kolorowymi rewolucjami” finansowanymi z Zachodu, przed planowanym osaczeniem rosyjskich granic przez NATO. Ta narracja — choć faktycznie naciągana — jest spójna, konsekwentna i skuteczna w zachodnich kręgach opiniotwórczych przyzwyczajonych do antyamerykańskiego analizowania spraw.
Dlaczego Zachód odpuszcza
Przyczyny zachodniej miękkości są wielowarstwowe. Po pierwsze — gaz. Niemcy, gospodarka kontynentu, są zależne od rosyjskiego gazu w stopniu, który czyni je niesłychanie ostrożnym graczem. Po drugie — biznes. Setki europejskich korporacji mają rosyjskie filie, kontrakty, zobowiązania. Po trzecie — strach przed eskalacją. Mówienie wprost o rosyjskim zagrożeniu nuklearnym wymaga politycznej odwagi, której europejskie elity ostatnich dwóch dekad nie miały.
Po czwarte — kwestia, której się nie mówi głośno — istnieje w europejskich stolicach trwałe przekonanie, że Rosja „ma swoje sprawy” w byłym ZSRR, że Polska, kraje bałtyckie, Ukraina, Gruzja są „dziedzińcem” Moskwy, a Zachód nie ma obowiązku angażować się tam aktywnie. To przekonanie — choć nigdzie nie wypisane oficjalnie — wynika ze stuletniej zachodnioeuropejskiej tradycji patrzenia na Europę Środkową jako na buforową strefę między „prawdziwym Zachodem” a Rosją.
Co z tego wynika dla Polski
Z polskiej perspektywy konsekwencje są bolesne i znane. Polska — formalnie członek NATO i UE — w sytuacji rzeczywistego zagrożenia rosyjskiego nie może liczyć na automatyczną reakcję wszystkich sojuszników. NATO art. 5 — w teorii bezwarunkowy — w praktyce wymaga politycznej zgody każdego kraju członkowskiego, a każdy z nich kalkuluje koszty.
Co to oznacza? Polskie inwestycje w obronę nie są luksusem ani fanaberią partii rządzącej. Są twardą koniecznością. Polskie aktywne stanowisko w sprawie Ukrainy, krajów bałtyckich, Gruzji nie wynika z politycznej fantazji — wynika z naszego własnego interesu bezpieczeństwa. Rosja w 2014 roku pokazała, że granice w Europie Środkowo-Wschodniej można zmieniać. Jeśli Polska tego nie zrozumie i nie zachowa się odpowiednio, kolejne zmiany — z czasem — mogą dotyczyć już nie tylko sąsiadów.
Pytanie nie brzmi, dlaczego Rosja sobie na to pozwala. Pytanie brzmi: dlaczego Zachód jej na to pozwala.— Komentarz redakcji