Zdjęcie tytułoweKariera polityczna Donalda Tuska
Donald Tusk zaczynał karierę polityczną jako działacz „Solidarności” w Gdańsku. Trzydzieści lat później jest premierem Polski o najdłuższym stażu w III RP i właśnie szykuje się do zajęcia jednego z najwyższych stanowisk w Unii Europejskiej. Po drodze stał się polityczną postacią, której biografię trudno opowiedzieć bez ostrych skrótów.
Gdańsk lat 80.
Donald Tusk urodził się w 1957 roku w Gdańsku, w kaszubskiej rodzinie z tradycjami robotniczymi. W latach 70. studiował historię na Uniwersytecie Gdańskim. Tam — i w „Niezależnym Zrzeszeniu Studentów” w 1980 roku — pojawiła się jego pierwsza polityczna aktywność. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał w opozycji, choć jego rola — wedle wspomnień świadków tamtego czasu — była drugorzędna. Pracował fizycznie, pisywał do drugoobiegowych pism, uczestniczył w nieformalnych spotkaniach.
Lata 80. nie były dla Tuska latami pierwszego szeregu. Najsilniejsze gdańskie pozycje w opozycji zajmowali wówczas Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz, Bronisław Geremek. Tusk pozostawał w tle. Po 1989 roku jednak — gdy gdańska opozycja przekształcała się w polityczną elitę nowej Polski — Tusk zaczął wyróżniać się zdolnością wybitnie tego, co w polskiej polityce jest rzadko cenione, a powinno: zdolnością organizacyjną.
Unia Wolności i pierwsze potknięcia
Tusk dołączył w 1991 roku do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, później do Unii Wolności. Jego polityczna pozycja w latach 90. — choć stabilna w skali regionalnej (był senatorem, posłem, wicemarszałkiem Sejmu) — nie była jeszcze pierwszoplanowa w skali krajowej. Liberalna prawica polska tamtego okresu była rozdrobniona, kapryśna, podatna na wewnętrzne konflikty. Tusk przeszedł przez te konflikty zwycięsko — głównie dzięki własnej zdolności kompromisu, wewnętrznym sojuszom oraz unikaniu zbyt mocnych zobowiązań ideologicznych.
W 2001 roku, wraz z Maciejem Płażyńskim i Andrzejem Olechowskim, założył Platformę Obywatelską. Partię, która miała być „świeżą alternatywą” dla skłóconej AWS oraz dla post-komunistycznej SLD. Sukces przyszedł szybko. W 2005 roku PO była już drugą siłą polityczną w kraju. W 2007 — wygrała wybory, a Tusk został premierem.
Siedem lat na Wiejskiej
Lata 2007-2014 są w polskiej polityce nazywane „epoką Tuska”. Nie bez powodu. Polska gospodarka — w czasie globalnego kryzysu — utrzymała wzrost. Inwestycje infrastrukturalne, w tym przed Euro 2012, były rozwinięte. Polska stała się aktywnym graczem w UE. To są niewątpliwe sukcesy.
Cieniem nad tymi latami leży jednak co innego. Sprawa katastrofy smoleńskiej i ogromne odsunięcie polskiego śledztwa od standardów międzynarodowych. Afery „taśm prawdy” z 2014 roku — gdy nagrania z prywatnych rozmów ministrów ujawniły poziom polskiej elity rządzącej, którego nikt wcześniej nie podejrzewał. Stosunek do Rosji — który Tusk publicznie określał jako „racjonalny pragmatyzm”, a krytycy jako „uległość”. Reforma OFE z 2013 roku, w trakcie której polskie państwo de facto zarekwirowało prywatne oszczędności emerytalne kilkunastu milionów Polaków. Każda z tych spraw jest osobnym rozdziałem oceny polityki Tuska.
Bruksela jako droga ucieczki
W 2014 roku Donald Tusk został wytypowany przez Radę Europejską na przewodniczącego tego organu. Funkcja — formalnie unijna, w praktyce jednak — wymagająca wycofania się z aktywnej polityki krajowej. To rozwiązanie służyło wszystkim: Brukseli, która zyskiwała polskiego polityka o europejskim profilu; Niemcom, którzy zachowywali swojego sprawnego sąsiada na europejskich szachownicach; samemu Tuskowi, który unikał konieczności konfrontacji z polskim wyborcą w 2015 roku — wyborcą, którego sondaże wskazywały już wówczas na rosnące zmęczenie ośmioletnimi rządami PO.
Z polskiego punktu widzenia trudno tę decyzję nazwać szczęśliwą. Premier, który decyduje się na przejście do Brukseli w momencie, gdy w kraju narastają najtrudniejsze problemy — gospodarcze, polityczne, geopolityczne — pokazuje, gdzie leży jego rzeczywista lojalność. Tusk ten gest wykonał świadomie. Polski wyborca — zarówno ten zwolennik, jak i przeciwnik — ma prawo go za to ocenić odpowiednio.
Premier, który decyduje się na przejście do Brukseli w momencie, gdy w kraju narastają najtrudniejsze problemy, pokazuje, gdzie leży jego rzeczywista lojalność.— Komentarz redakcji