Przejdź do treści

Archiwum publicystyki · 2013–2020

Blogpublika.com

Republika Blogerów

Niezależny serwis publicystyczny Polityka · Historia · Sprawy publiczne

Wieża Eiffla nad dachami Paryża

Tak „polska” ambasada w Paryżu traktuje Polaków w obliczu zamachów. Wstrząsająca relacja

Osiem minut od budynku ambasady, kilkadziesiąt metrów od drzwi, i telefon dyżurny, który radził szukać hotelu.

Wieczorem 13 listopada 2015 roku, gdy w Paryżu trwały zamachy, dziennikarz „Pulsu Biznesu” opisał na Facebooku, co spotkało jego czteroosobową grupę. Relacja rozeszła się po sieci w ciągu nocy. Streszczamy ją, bo pokazuje coś więcej niż jeden zły telefon.

Osiem minut

Byli na barce po imprezie towarzyszącej targom Paris Photo, gdy dowiedzieli się o zamachach. W pierwszym odruchu chcieli wracać do wynajętego mieszkania, ale okazało się, że ataki miały miejsce w jego pobliżu. Ambasada RP była osiem minut drogi. Postanowili tam iść i po drodze zadzwonili na telefon dyżurny, żeby uprzedzić o swoim przyjściu.

Pani konsul, jak wynika z relacji, była rozedrgana i początkowo wzięła rozmówcę za przedstawiciela Centrum Operacyjnego MSZ, kontynuując przerwaną wcześniej rozmowę. Gdy się przedstawił i poprosił o przyjęcie czworga obywateli, którzy nie wiedzą, co robić, usłyszał, że powinni znaleźć sobie hotel, bo ambasada jest zamknięta. Kilka razy powtarzał, że są kilkadziesiąt metrów od budynku. Przez kilka minut rozmowy odmowa się nie zmieniła.

Państwo teoretyczne

Jesteś Polakiem, za granicą, w mieście, w którym właśnie giną ludzie, a polska placówka jest o kilka minut drogi? Znajdź sobie hotel albo taksówkę. Tak w praktyce wyglądało tego wieczoru państwo, które jego własni urzędnicy nazwali wcześniej teoretycznym.

Nie jest to zarzut wobec jednej osoby na dyżurze, choć i ona powinna wiedzieć, po co istnieje telefon dyżurny. Jest to zarzut wobec systemu, w którym placówka dyplomatyczna nie ma procedury na noc taką jak ta, a pierwszą reakcją na obywatela pod drzwiami jest odesłanie go w miasto.

Dla porównania: tej samej nocy ambasady kilku innych państw publikowały numery alarmowe i otwierały drzwi swoim obywatelom, a Paryż uruchomił akcję udostępniania mieszkań osobom, które nie mogły wrócić do domu. Placówka, która w takim momencie mówi „hotel”, nie jest gorsza od innych z braku środków. Jest gorsza z braku odruchu.

Presja, jaką wywołała relacja, najwyraźniej poskutkowała: grupa została ostatecznie przyjęta. To jednak, co zdarzyło się wcześniej, powinno mieć konsekwencje, i personalne, i systemowe. Ambasada jest od tego, żeby w takiej sytuacji otworzyć drzwi, a nie od tego, żeby po fakcie tłumaczyć, dlaczego były zamknięte.